Wywiad dla Vogue.com

Źródło: Vogue.com (oryginał)

Data: 08/10/2015

10082015_florence_welch

separator

„Jakże cudownie samotnym można się poczuć w LA” – powiedziała Florence Welch, stojąc pośród lasu starych latarni – instalacji autorstwa Chrisa Burdena znajdującej się przed Los Angeles County Museum of Art. Głośno rozmyślając zarówno nad dziwną aurą pozytywności i pozytywną aurą dziwaczności jej nowo zaadaptowanego miasta, w końcu stwierdziła, że w LA każdy dzień jest tak samo idealny – podobnie zresztą jak ten, w którym się spotkaliśmy.

Welch, lat 28, frontmenka zespołu Florence And The Machine, wydała tej wiosny swój trzeci album How Big How Blue How Beautiful, który od razu podbił listy przebojów. Jak zdradziła, płyta jest niejako jej hołdem dla mocy leczniczych tego miasta – Los Angeles.

Przez ostatnie dwa lata przybywała tu regularnie, pozostawiając swój rodzinny Londyn dla miejsca, które opisała w piosence tytułowej albumu słowami „between the crucifix and the Hollywood sign”, tym samym odnotowując podwójną naturę Los Angeles jako miasta pozostającego ciągle rozdartym między sacrum jak i profanum.

Piosenkarka i autorka tekstów, Welch, pomimo posiadania na swoim koncie dwóch komercyjnie uznanych albumów, garści nagród i występu na rozdaniu nagród Grammy, pozostaje równie przyjemna w obejściu – i do tego wyjątkowo skromna. Jak odnotował jej przyjaciel, pisarz i muzyk Devonte Hynes: „Poprzedniego roku w swoje urodziny (które wypadają na dwa dni przed Świętami Bożego Narodzenia, więc nikogo w tym czasie nie ma w mieście) przyjechałem do Londynu, gdzie zaorganizowałem wspólne oglądanie „Głupiego i głupszego” „. Jak wspomina, większość zaproszonych zrezygnowała z przybycia, jednak Welch dotrzymała raz danego słowa. „Jeśli widzieliście kiedyś ten film, wiecie, że zmuszenie kogokolwiek do oglądania go z tobą jest prawdziwym testem przyjaźni.”

Welch ma blisko 175 cm wzrostu, jednak ze swoimi niesfornymi, opadającymi na twarz, rudawymi włosami, wydaje się być w dziwny sposób wyższa niż rzeczywiście jest. Tamtego dnia była ubrana w biały koronkowy kostium zaprojektowany przez Annę Sui, znoszone ćwiekowane buty i patchworkową torebkę z frędzlami, która na pierwszy rzut oka wyglądała na wygrzebaną z kosza w ciucholandzie, dopóki nie zauważyło się wystającej spomiędzy łat metki YSL.

Jej nieśmiały urok ani przez chwilę nie zdradza tego, jakim potrafi stać się zwierzęciem na scenie. Jej występy najczęściej zaczynają się skromnie, lecz wkrótce stają się wręcz dzikie – czasem chyba aż za dzikie, gdyż w wyniku nieustannego zeskakiwania ze sceny na festiwalu Coachella tego lata, Welch złamała stopę (teraz, już w pełni sił, wybiera się do Austin w Teksasie, gdzie w tym tygodniu zaczyna swoje tournee po Ameryce).

To Welch zasugerowała spotkanie w LACMA – spędza tu dużo czasu, gdy akurat jest w mieście. Przechadzając się między pomieszczeniami, zauważyłam, że dwie damy w kapeluszach na obrazie Ernsta Ludwiga Kirchnera „Two Women” wyglądają zupełnie jak my dwie (w odróżnieniu do pozostałych odwiedzających muzeum, wyglądaliśmy zupełnie jak postaci wyrwane ze słynnej piosenki Joni Mitchell „Ladies of the Canyon”). Welch entuzjastycznie zareagowała na moją uwagę zatrzymując przechodnia, wciskając mu swój aparat i prosząc o zrobienie nam zdjęcia, podczas gdy my pozowałyśmy przed obrazem. W sklepie z pamiątkami dorwała ręcznie robioną glinianą filiżankę – malutkie naczynka w Chateau Marmont, jej tymczasowym domu w LA, nie były w stanie sprostać herbacianym wymaganiom typowej dziewczyny z Londynu.

W wegańskiej restauracji w Silver Lake, nad miską sałatki z glonami i makaronem (jak szybko jednak nadmieniła, kocha też steki!), Welch opowiada o swoim ostatnim ciężkim roku. Jak wyznała, bolesne rozstanie pozostawiło ją pozbawioną oparcia i desperacko poszukującą nowego miejsca, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Jak wielu innych artystów, nie wiedziała też, czy sprosta oczekiwaniom swoich fanów – a postać kapłanki Matki Natury, którą tak ubóstwiała jej publiczność, nie była wcale najłatwiejszą do zaadaptowania. „Chciałam sprostać tym wyobrażeniom, sprostać muzyce”, wyznaje, „ale jest to zbyt wyczerpujące na co dzień. Przeżyłam coś jakby pewnego rodzaju zapaść.”

Piosenkarka wychowała się w inteligencko-mieszczańskim domu – „zawsze w eleganckiej sukience”, jak sama stwierdziła. Jej ojciec, niegdyś specjalista od reklamy, prowadzi obecnie interes, który Welch nazwała „modowo-organicznym obozem wakacyjnym pod indiańskimi namiotami”; jej urodzona w Ameryce matka jest historyczką specjalizującą się w czasach renesansu (wzięli ślub na Long Island; jednym z gości był Andy Warhol).

Welch nie umie grać na żadnym instrumencie, komponując swoje piosenki wyłącznie przy użyciu swojego niesamowitego głosu. Na początku swojej kariery, uważała pracę z męskimi muzykami za frustrującą – do czasu, gdy zaczęła współpracować z Isabellą Summers (obecnie grającą w zespole na klawiszach); wtedy to wreszcie zyskała poczucie wyzwolenia jako artystka i możliwość dowolnego wprowadzenia swoich pomysłów w życie.

Welch przybyła do Los Angeles, aby, jak powiedziała, móc wygrzać się w gorącym jasnym świetle. „Pomyślałam, że dobrze byłoby tu przybyć i co nieco napisać”, wyznała. Magia miasta zdała sie zadziałać, pokonując coś, co nazwała beznadziejnie chorobliwą obsesją na punkcie wody, której dała upust na Ceremonials, jej drugim albumie – którego motywem przewodnim była nostalgiczna fascynacja przepływem, zanurzaniem się, tonięciem. I chociaż jej zaabsorbowanie motywami Ofelio-podobnymi pasowało do jej romantyczno-sentymentalnego wizerunku, nie była to, jak sama przyznała, zbyt zdrowa obsesja. „Nawet wtedy, gdy śpiewałam na pokazie Chanel (wiosną 2012), wychodziłam z muszli”, wspominała. Ale te „wodno-deszczowe” dni przeszły do historii – a swej mrocznej muzie, Virginii Woolf, ze swoimi kieszeniami wypchanymi kamieniami, Welch ostatecznie podziękowała za współpracę.

Po obiedzie, zdecydowałyśmy, że odwiedzimy parę miejscówek w Silver Lake. Jako że miałam już okazję chodzić z nią po outletach, mogę jedynie potwierdzić status Welch jako światowej klasy specjalistki od ciucholandów (w ostatnie Boże Narodzenie, gdy jej cała rodzina postanowiła zrobić parodię Downton Abbey, Welch została obsadzona w roli wdowy po baronie Grantham – i nie musiała szukać dalej niż w swoim pokoju, by znaleźć odpowiednie przebranie).

Gdy byłyśmy w Luxe de Ville, Welch kupiła żółtawy żakiet z kołnierzem ze sztucznego futra; w Yes na Sunset zaopatrzyła się w vinatge’owe okulary Armaniego i fluorestencyjny kryształ – który, jak skwapliwie opowiedział nam sprzedawca, jest w stanie rozpraszać złe prądy. Gdy, jako cyniczna mieszkanka Nowego Jorku, zasugerowałam, że etui na okulary w jej dłoni ma podobne właściwości

spirytystyczne, Welch nie poczuła się urażona. „Potrzebuję każdej formy wsparcia jakiej tylko się da!”, odpowiedziała ze śmiechem. Zatrzymałyśmy się w Intelligentsia na kawę, która okazała się być na tyle pyszna, że Welch od razu zechciała kolejną filiżankę; wkrótce jednak przypominała sobie pewną prawdę życiową, której ostatnio się nauczyła: „Nie wracaj po raz kolejny, gdy coś jest idealne”, powiedziała. „Drugi raz nigdy nie będzie równie dobry co pierwszy.”

Nie zważając na natrętnego paparazzo, weszłyśmy po schodach do miejsca zwanego House of Intuition, sklepu z New-Age’owymi gadżetami, magicznymi świeczkami i wodą święconą, które to, pomimo najszczerszych chęci Welch, żeby zachować powagę, wzbudzały jedynie jej smiech. W pewnym momencie stała się jednak poważna i stwierdziła, że być może ta nie-brytyjska kiczowatość rodem z Kalifornii jest właśnie tym, czego jej najbardziej potrzeba. „Czuję, że uczę się tutaj, jak żyć”, powiedziała Welch. „Może i od zawsze czułam się lepiej w bałaganie, ale wystarczy mi już smutków! Wypłynęłam na głębokie morze, lecz teraz wróciłam na brzeg – po to, by uczyć się, jak żyć w prawdziwym świecie.”

Tłumaczenie: Daniel Wdowicz

Komentarze

WHAT THE HELL IV - ogólnopolski oficjalny zlot fanów Florence + The MachineSZCZEGÓŁY

Zadaj pytanie

Imię

Adres email

Pytanie

Plik