Wywiad z Patrickiem Hussey’em

Źródło: www.run-riot.com

Data: 15/05/2008

FLO-TOUCHED-UP

Niedawno Patrick Hussey spotkał się z Florence z Florence and the Machine wraz z jej kumpelą, Mairead z Queens of Noize*, aby dowiedzieć się więcej o tej pełnej życia osobie, której celem jest zatrząść naszymi duszami podczas tegorocznego lata miłości.

Siedzę w pubie Shoreditch, trzęsę się odurzony Lemsipem, i to nie jakimś tam starym specyfikiem. Ten lek w proszku, pakowany w małe tubki, smakuje jak szpitalna podłoga. Wciąż sypię sobie musujący pył do ust.

Przez ostatnie dziesięć minut czekałem na młodą wokalistkę, którą prasa muzyczna mogłaby opisać słowami „wschodzi, nadchodzi”, lub też „przełomowa gwiazdka”. Znudzony rekonwalescencją, postawiłem wielką szklankę czerwonego wina przed sobą na stoliku. Jest naprawdę gigantyczna, jak cysterna. Co dziesięć sekund biorę łyka i podoba mi się fakt, że można się niemalże za nią schować. Zaczynam analizować otoczenie. Czemu w Shoreditch wszystko jest czarne?

Już zaczynałem się czuć wesoło kiedy powód, dla którego tu jestem, przekroczył drzwi. Florence Welch, utalentowana artystka z Florence and the Machine wygląda na rozproszoną. Ma na sobie brzoskwiniową spódniczkę vintage, a włosy nosi upięte, pofarbowane na kolor róż z tatuaży; wodzi po sali pustymi oczami, wtem przeszywa mnie wzrokiem, kiedy macham do niej z kąta. Utrzymujemy kontakt wzrokowy na pół sekundy, po czym ona wychodzi. Niezbyt dobry początek. Kiedy drzwi stukają w obramowaniu, myślę o tym, czemu chciałem przeprowadzić z nią wywiad.

Miesiąc temu byłem na nudnym wydarzeniu w Whitechapel. Były tam różnorakie artystyczne happeningi i pozerzy z głupimi fryzurami na każdym kroku; wszystko wyglądało tak banalnie. Nagle Florence zjawiła się nieudolnie przed mikrofonem. Była smukła, interesująca i jak się okazało – wysoka na niemal 180 centymetrów. Nie miałem pojęcia, kim jest i nie oczekiwałem zbyt wiele. Wtedy zaczęła grać muzyka. Piosenki były szczere, chwytliwe, świeże i żywe. I ten głos! Amerykańsko folkowy, niebosiężny, lecz ani razu fałszywy. Cholera – myślałem sobie, kiedy zagrała utwór eksperymentalny, pełen falujących dźwięków pianina i charakterystycznych emocji. Można było niemalże usłyszeć, co myśli sobie cała widownia – oto jest. Talent. „To coś”.

Kiedy ostatecznie zasiada przede mną, Florence nie wygląda już na 180 wzrostu. Tamtego wieczoru miała na sobie niebotyczne obcasy, a w rzeczywistości jest w sumie niska, drobno zbudowana. Podmuch wiatru mógłby ją porwać. Jej twarz jednak jest jasna, konkretna, z delikatną, lecz wystającą szczęką i wielkimi oczami, dającymi jej urodzie nieco bezczelne wykończenie.

Przywitaliśmy się i zacząłem mamrotać jak to ja nienawidzę wywiadów, bo to najczęściej idiotyczne sytuacje. W przypływie kaprysu podaję jej moje notatki przygotowawcze, które zaczyna czytać na głos. Wybiera coś na chybił-trafił, linijkę z jej piosenki z dopisanymi moimi przemyśleniami.

„Kocham cię tak bardzo, że pozwolę ci mnie zabić…Nie jestem w domu ze sobą…Nie mów mi…Nie jestem też w domu z tobą…to naprawdę brzmi jak ty…reszta to tylko popowe piosenki.”
Czyta to tak, jakby zawartość kartki zupełnie jej nie dotyczyła.
„Och, nie napisałam tej linijki, tej o zabijaniu. To było z wiersza. Napisanego dla mnie.”
Pierwsze pytanie miało być o jej nadchodzącym singlu „Kiss with a fist”. To świetna melodia z przerażającym/zabawnym tekstem; tak slapstickowa, że pretenduje do miana najżwawszej piosenki o przemocy domowej.
Plan A zakładał zapytanie się o tą przemoc, jak ona przenika jej piosenki w taki radosny sposób. Posłuchaj którejkolwiek z jej ekscytujących, gitarowych utworów na MySpace; zawsze znajdziesz tam gdzieś przemoc, emocjonalną lub fizyczną. Weźmy na przykład Bird Song – perkusyjne, bluesowe dzieło sztuki, wahające się między słodyczą a destrukcyjną siłą miłości. Zawiera obraz ptaka (metaforycznego kochanka) uwięzionego w pudełku i torturowanego. Okropność tej wizji chwyta za ucho.
Jej dźwiękowa melodramatyczność jest wielka i oczywista, lecz jej teksty mają również przebicie literackie. Plasują się gdzieś pomiędzy kobiecością a feminizmem, są niepokojone seksualnością, duchowością i tożsamością, przywołują na myśl „spowiadających się” poetów. Jest w nich szczypta Sextona i Plath, a nawet młodej, brytyjskiej pisarki Gwendoline Riley. Riley również kapitalnie pisała o emocjach jako zwierzętach w zamknięciu – w swoim wypadku, o szczurze.
Jak na kogoś tak młodego (21 lat) jej jasność i wyrazistość ekspresji jest intrygująca. Kto na nią wpływa? Czego chce od swojej sztuki? Chcę zadać jej wielkie, ważne pytania lecz uderza katastrofa – kiedy już chcę zapytać o źródło tekstowego szaleństwa, Florence zaczyna rozglądać się dookoła, pełna animuszu w stylu A.D.D.* Decyduję się na ruletkę; coś na przyciągnięcie jej uwagi. Czas na Plan B.

„W Whitechapel mój znajomy podsłuchał cię w toalecie. Mówiłaś, że jesteś lesbijką tylko w Paryżu. Dobry tekst, ale czy prawdziwy?”
Jej głowa szybko odwraca się znów do mnie, usta ma rozciągnięte w uśmiechu.
„Skąd o tym wiesz?! No cóż, całujące się dziewczyny są w porządku! Wtedy jest bardziej miękko i wiesz, jacy są Francuzi. Ale jestem hetero w Anglii!”
Pauzuje, po czym dodaje słówko „zazywczaj” z uśmiechem.
„Powinieneś spróbować całować facetów. To nie jest aż tak łagodne.”, mówi zalotnie.
„Już to robiłem.” – odpowiadam szybko, kłamiąc (głównie) dla efektu. Ona chichocze i podnosi rękę do piątki; przybijam, ku mojemu zachwytowi. Wywiad trwa ledwo pięć minut, a ja właśnie trzasnąłem piąteczkę z moją własną, półfikcyjną gejowskością. To będzie interesujące.
Po tym jednak wywiad zaczyna się paprać. Moja schludna, wnikliwa lista pytań wylatuje przez okno kiedy żywotny, nielogiczny umysł Flo pomiata nami na wszystkie strony. Omawiamy różne tematy – od miłości i szkolnych wycieczek do Auschwitz, do wizualnej natury rzeczywistości/tożsamości. To jasne, że w swój połamany, poskręcany sposób jest bystra. W pewnym momencie celuje rozłożonymi palcami w swoje własne oczy i mówi:
„Oto jest, wiesz, że wszystko, czym kiedykolwiek będę, jest ta wizj…” zacina się, widać zębatki jej umysłu pracują nad problemem „…opodobne coś!”
Wciąż wskazując swoje oczy, drugą ręką zaczyna głaskać okrężnymi ruchami tył swojej głowy, co oznacza czaszkę, siedzenie dla duszy.
„Jak mogłabym kiedykolwiek wiedzieć, jak to jest tam być, na własne oczy, czy jak to jest być tobą?”
Patrzy mi prosto w oczy, porażona niezatapialną niemożliwością tego wszystkiego, wtem otrząsa się i przechodzimy do miliona innych tematów.
Florence jest swoistą zagadką. Zdaje się, że dzieje się tam coś mrocznego. Jest dyslektyczką, ma dyspraksję; stacza wielkie bitwy i wchodzi w kolaboracje, żeby tylko wyłupać piosenki ze swojego umysłu. Zapytaj ją o proces twórczy – słowa „wstyd” oraz „strach” pojawiają się często. Jednak jakimś cudem wszystko w jej piosenkach i osobowości jest warte świętowania. Przez całą naszą rozmowę śmieje się, uśmiecha i miło ogląda się jej proces myślowy, podobny do rollercoastera, niosący ją falą przez różne momenty.
W jednym momencie dyskutujemy o jej uczuciach co do „dymu i złota” katolicyzmu. Kiedy jej ojciec poinformował ją, że technicznie należy do kościoła anglikańskiego, była wielce zawiedziona. Mówi coś bardzo intrygującego jak na aspirującą papistkę, którą wszakże jest.
„W pewien sposób, moje piosenki to przeprosiny. Za okropne rzeczy, których dokonałam.”
„Czy zrobiłaś coś okropnego?” podpytuję.
„Nie, chociaż ktoś powiedział mi że mam niedorozwinięte poczucie odpowiedzialności. Ale potrafię też być szalenie egoistyczna. Na przykład nienawidzę latania i kiedy nie śpię podczas lotu, nie myślę o ludziach naokoło i co by się z nimi stało podczas katastrofy; myślę o tym, że wyszło dopiero kilka dobrych dem! Proszę, wszechświecie, nie zabieraj mnie jeszcze!”
Zanim odchodzę do baru informuję, że może śmiało kontynuować mówienie do mojego dyktafonu – I-Poda z malutkim mikrofonem wcisniętym na czubku.
„W porządku, dam ci nieco odpowiedzi.”

W barze wpadam na jej menagera Mairead z czcigodnych Queens of Noize. Stuka coś na iPhonie, szczeniak beagle w tym czasie robi okrążenia wokół jej stołka.
Jak ty ją znalazłaś? – pytam. Spoglądamy na kącik, gdzie Florence podniosła iPoda i radośnie do niego gada.
„Och, zaśpiewała mi coś w toalecie jakiegoś klubu.”
Ponieważ nie bardzo wiem, co powiedzieć, pytam się o imię biegającego pupila.
„Bandini.”*
Muszę przyznać, że szczeniak nazwany Bandini robi na mnie wrażenie, ale staram się tego nie okazywać. Pyta mnie, kiedy nastąpi koniec wywiadu; muszą sfilmować śpiewającą Flo gdzieś tuż za rogiem.
„Czy chcesz wpaść?”, pyta.
Opowiadam – chętnie – lecz wtedy odkrywam, że nie mogę się ruszyć – Bandini okręcił się wokół moich nóg.
Po uwolnieniu się wychodzimy z Old Blue Last i nagle jestem częścią świty. Florence rusza naprzód. Zerkam na wysokiego typka z brodą obok mnie. Ma na sobie spodnie, które nawet według lokalnych standardów są trochę głupkowate – pantalony z czarnego jedwabiu, sięgające tuż poza kolano. Generalnie gdyby Śmierć zdecydowała się dodać vintage spodnie do spacerów po górach do swojej garderoby, nie musiałaby dłużej szukać.
Człowiek Z Turystycznymi Spodniami Śmierci okazuje się być nawet uprzejmy oraz nazwany James. Właściwie to może być reżyserem pierwszego teledysku Florence, powiada mi, kiedy skręcamy na podwórko i zaczynamy wspinaczkę na szczyt magazynopodobnego blokowca. W apartamencie na górze znajduje się reszta zespołu Florence; szczeciniasty mężczyzna z kamerą wyprowadza nas na balkon.
„To będzie jak coś dla Raybana na Glastonbury. Florence będzie śpiewać i wtedy jakbyście zrobili uuu, wiecie, takie UUU! pod koniec, to będzie świetnie!”
Florence wchodzi na chwilę do środka, ludzie piją, Bandini biega dookoła. Na balkonie gitarzysta Florence od niechcenia brzdąka The Man Comes Around Johnny’ego Casha. Niemądrze zaczynam wtykać dłoń w plastikową paczkę San Miguel*. Szczeciniasty koleś znów wyprowadza nas na balkon, gdzie powróciła Florence. Bez ostrzeżenia zaczyna śpiewać; jej głos wylewa się przez barierki, odbija się rykoszetem od cienistych budynków zagubionych w nocy. Jest malutka, lecz wyciąga wysoko i zespół chętnie się dołącza. Dookoła widzę fajowy wynajęty tłum; jestem ich częścią, urzeczony dźwiękami.
Po skończeniu ruszamy masowo na schody, Florence tuż za mną. Mówię jej, że spodobałaby się jej lektura Keitha Douglasa; linijka z jej tekstów przypomina mi go.
„Tego poetę wojennego?” przypomina sobie.
„Tak, to na podstawie jego fragmentu, makes a man of flesh, a man of dust (tworzy człowieka z ciała, człowieka z prochu).”*

Na zewnątrz czeka jeszcze jeden rock’n’rollowy moment. Tabitha, druga Queen of Noize podjeżdża Winnebago. Jest wielkie, beżowe i ledwo mieści się w wąskiej uliczce East Endu. Część świty wsiada, a ja myślę – czemu nie? Wskakuję razem z CZTSŚ i fotografem, który pojawił się znikąd. W środku jest pusta klatka dla ptaków i pachnie tam rodzinnymi wakacjami. Bandini skacze dookoła, wskakuje na kolana hipsterom; całkowicie nawalony alkoholem i odpychaczem do nosa zaczynam dręczyć fotografa o jakąś masę pierdół, których teraz nie umiem sobie przypomnieć. „Czy mam trochę miejsca?” pyta Tabitha, gdy ociera się o Forda Focusa. Dalej jedziemy wyboistą drogą przez ciemności oraz zacałowane deszczem ulice; Florence wciąż śpiewa, ja rozmawiam o Bóg wie czym z Człowiekiem Z Turystycznymi Spodniami Śmierci oraz fotografem.

Potem? Nie jestem pewien. The Queens muszą omówić wideo z CZTSŚ, usuwam się zatem. Pamiętam frytki i Kingsland*, rozmyte obrazy pożegnań i świateł ulicznych. Nie jestem pewien, ale myślę że mój taksówkarz wrobił mnie w pójście do sklepu i kupienie mu Silk Cutów*. W każdym razie, budzę się w łóżku dla gości w głównej siedzibie Run-Riot* i myślę sobie – co za noc! Wtedy czuję moje przeziębienie szemrające przez kaca.
Teraz, kiedy zarezerwowałem sobie następny tydzień choroby, sięgam i wyławiam I-Poda z torby. Ciekaw jestem odpowiedzi, jakie Florence mi zostawiła. Odczepiam mikrofonik i podłączam słuchawki. Cisza! Jak ostatni głupek zapomniałem go włączyć. Co straciła na tym ludzkość – zastanawiam się gdy opadam na poduszkę i odpływam w Lemsipowe sny.

  • *Lemsip – angielska marka leku na przeziębienie
  • *A.D.D – odmiana ADHD występująca najczęściej u dorosłych osób
  • *Queens of Noize – duet muzyczny Mairead Nash i Tabithy Denholm, wspomnianych w artykule
  • *Bandini – od Arturo Bandiniego, postaci Johna Fantego, amerykańskiego pisarza
  • *San Miguel – tutaj: korporacja produkująca opakowania
  • *Chodzi o wiersz „How To Kill”
  • *Kingsland – mała część urbanistyki włączona do Londynu
  • *Silk Cuts – marka papierosów
  • *Run-Riot – brytyjski portal kulturalny

Tłumaczenie: Julia Włodarczyk

Komentarze

Florence + The Machine w Łodzi - akcje koncertowe - dołącz do nas!SZCZEGÓŁY

Zadaj pytanie

Imię

Adres email

Pytanie

Plik