Koncert w Berlinie


Trójka z nas miała okazję być na koncercie w Berlinie, który odbył się 1 grudnia 2012 r. Oto relacja z tego wydarzenia.

Koncert w Berlinie (1 grudnia 2012) – relacja spod barierek

 

Why not in Poland?

 

 

Koncert Florence and the Machine w Berlinie był jednym z, a właściwie najbardziej intensywnym przezyciem, jakiego miałam okazję doświadczyć. Jako fani spełniliśmy swoje największe marzenie i wygraliśmy więcej, niż sobie wymarzyliśmy. Natomiast jako fan club (w większej części) mieliśmy okazję zobaczyć się na żywo, wspólnie porozmawiać, śmiać się i oczywiście płakać. I dać się zauważyć. Solidnie się do tego przygotowaliśmy zabierając ze sobą 2 polskie flagi z napisami „WHY NOT IN POLAND” oraz „YOU ARE A GIFT”, a także transparent „SEX SWEET NOTHING”.

Warto wspomnieć, że podczas 4-godzinnego oczekiwania pod areną dało się usłyszeć soundcheck i przez kilka minut mimo niesamowitego mrozu poczułyśmy ciepło bijące z głosu Florence za tamtymi ogromnymi drzwiami… Kiedy wreszcie wpuścili nas do środka, około godziny 19, ile sił w nogach (sztywnych i obolałych z zimna) pobiegłyśmy prosto pod barierki. Nigdy w życiu nie udało mi się przebiec stu metrów w półtorej sekundy.

W oczekiwaniu na FATM szalałyśmy się na występie supportu, którym był Spector. (Tutaj dodam od siebie, że po uszy się w nich zakochałam, byli naprawdę niesamowici. A wokalista wyznał nam miłość ;)) Podczas ich występy Isa, Rob i Chris pojawiali się na chwilę z boku sceny. Gdy w końcu przyszedł moment, w którym na scenie zrobiło się całkowicie pusto, zgasły wszystkie światła i ucichła muzyka. Trudno opisać uczucie jakie ogarnia fana, któremu po kilku latach słuchania zespołu czy całodobowego wpatrywania się w zdjęcia Florence przyszło doświadczyć tego wszystkiego na żywo. Pierwsze dźwięki Only If For A Night oraz wejście Maszyny na scenę spowodowało furorę, jednak prawdziwa potęga i władza nad całą 7-tysięczną publicznością należała do głosu Florence, który pojedynczo dotknął i poruszył każdego z osobna. A właściwie to porządnie zdzielił prosto w duszę. Trzy metry, które dzieliły nas od sceny pozwoliły dostrzec Florence w całej okazałości, (która z pozoru zamykając oczy najzwyczajniej w świecie czytała napis na naszych flagach! Uczucie było mniej więcej takie, jakby oglądać naprawdę świetny live stream, w najlepszej jakości i to w trzech wymiarach. Szczególnie pamiętam moment, w którym Flo, tuż po wykonaniu What The Water Gave Me, traciła równowagę usiłując stanąć na samym końcu głośnika, co dosłownie sprawiało wrażenie jakby miała upaść prosto na nas. Przez pierwsze kilka utworów panowała bardzo podniosła atmosfera. Florence była nieobecna, błądziła gdzieś wzrokiem, znikała. Śpiewając nie mogła oderwać się od nieba i powrócić z powrotem do naszego świata. Totalnie zatraciła się w muzyce, nie zwracając uwagi na absolutnie nic, co ją otaczało. Szczególnie zapadające w pamięć było Cosmic Love, tak potężne i pełne magii, że czuło się ją w powietrzu. Wkrótce jednak cieszyliśmy się widokiem nieustannie, przeuroczo i najpiękniej uśmiechającej się Florence. Nie możemy również pominąć Roba, który na widok naszych rąk złożonych na kształt serca w jego stronę za pierwszym razem i szaleńczo machających za drugim, obdarzył nas ujmującym uśmiechem i.. puścił oczko. Uch.

Śmiałam się, gdy na samym początku, po kilku pierwszych piosenkach, Flo odeszła i zaczęła poprawiać sobie włosy wsuwkami. Mamy to nawet nagrane. A w tle ‘Ona poprawia włosy? No bez jaj!’

Dla najwierniejszych fanów niespodziankę było intro do Bird Song, które pojawiło się na krótko między Cosmic Love i Rabbit Heart.

Lover to Lover, a szczególnie moment ‘I believe!’ rozniósł wszystko w pył. Ten genialny pokaz zdolności wokalnych potegował fakt, że absolutnie wszyscy wtedy milkli z ciekawości, czy Flo mu podoła.

Totalnie zapierającym dech w piersiach był moment, gdy Florence zapytała nas, czy mamy ochotę zaśpiewać coś razem z nią, a potem kilkutysięczna hala wtórowała chórowi na początku Heartlines.

Akustyczne Leave My Body sprawiło, że kilkutysięczna Arena zamarła, napawając się. Nigdy nie słyszałam czegoś tak pięknego, naprawdę.

Cudowny był moment przed rozpoczęciem Spectrum, w którym całym zasięgiem swoich ramion objęłyśmy osoby stojące obok. Podczas Spectrum ktoś wyrzucił w powietrze tony różowego brokatu, który osiadał na fladze, naszych twarzach, włosach i wszystkim dookoła. Gdy dodać do tego eurofię, wariackie krzyki i podskoki, które towarzyszyły piosence, efekt był dość niesamowity.

Na poprzednim koncercie w Berlinie Flo obiecała, że powie coś więcej po niemiecku, słowa dotrzymała. Nie dość, że na Rabbit Heart policzyła osoby, które wyniosły się ponad tłum (choć doszła tylko do jedenastu ;)), to uraczyła nas krótkim zdaniemo śwince morskiej, jakikolwiek by to miało sens. Przepraszała, za to, że nie potrafi powiedzieć więcej, bo za czasów szkoły, razem z najniegrzeczniejszymi dziećmi w szkole, z którymi uczęszczała na niemiecki, wyrzucała książki przez okna. Potem pozachwycała się faktem, że Meerscheinchen w dosłownym tłumaczeniu znaczy ‘little sea pig’, co uznała za ‘best thing ever.

A na zakończenie Dog Days Are Over. Każdy kto widział Florence + the Machine na żywo potwierdzi, że nic nie daje takiej satysfakcji i szczęścia jak ten potężny dźwięk tysiąca osób klaszczących w rytmie Dog Days oraz legendarny skok z Florence. I jej wzruszenie. I fakt, że tuż przed tym kopnęła Chrisa w plecy, mówiąc, że wszyscy oprócz niego muszą skakać, ale on nie, bo jego zadaniem jest wystukiwanie rytmu na perkusji (na co Chris wskazał Toma (pałeczką!), któremu Flo również poleciła skakać) Nie zrobił tego, ale znowu się zaśmiała.

Isa i Rob przegadali cały koncert, śmiali się, kiedy tylko mogli. Najbardziej ubawił mnie fakt, że Rob co chwilę nalewał sobie wino ;)

Śmiejąca się Flo ciągle podchodziła i łapała za recę Isę (która pierwszy raz pokazała się wtedy światu w rózowych ombre :D)

W którymś momencie zgarnęła nas wszystkich, przyłożyła do serca, zakluczyła i wyrzuciła kluczyk, na co zmiękły mi kolana. Dosłownie.

Jedną z rzeczy, która na przemian mnie bawiła i irytowała był ochroniach, który, stojąc naprzeciwko rozwrzeszczanych fanów, wyglądał na wyraźnie znudzonego i pisał SMSy.

Pamiętacie koncert w Amsterdamie w 2010 roku? W którymś momencie Flo zapytała: ‘Can you HOWL?’, po czym wydała z siebie ni to pisk, nie to wibrujący krzyk, który potem mieli powtórzyć fani. Byłam w głębokim szoku, gdy powtórzyła to teraz, w Berlinie. Oprócz ‘howl’owlania’ Flo zaćwierkała jeszcze kilka razy, za każdym inaczej, co znów musieliśmy powtórzyć. Cudownie było patrzeć jak się wzrusza, tak niesamowity był to efekt.

Nigdy, nigdy, przenigdy nie zapomnę momentu, w którym po zakończeniu Sweet Nothing Flo sama podeszła do krawędzi i wyciągnęła rękę po flagę a potem rozpostarła ją nad głową. To było tak intensywne i oszałamiające uczucie, że nie ma się go po prostu opisać. Właściwie to nie do końca zdawałam sobie sprawę w tego, co się dzieję, a szczegóły przypominam sobie, oglądając filmiki. Nie wspomnę nawet o tych kilku sekundach, gdy chciałyśmy wrzucić jej jeszcze flagę na scenę, a ona podbiegła i krzyknęła: I’LL GET THERE, I PROMISE, I’LL GET THERE. Nigdy.

To wszystko tak ponakładało się na siebie – Flo najpierw wzięła flagę, potem nasz naszyjnik-płuca, który zawiesiła na mikrofonie, a trochę później zatrzymała się podczas biegania po scenie na Spectrum, by złapać naszą koszulkę – że wszysko dookoła eksplodowało. Totalna strata kontroli. I świadomości chyba też.

Ze łzami szczęścia i brokatem na twarzy, pałeczką Chrisa oraz setlistą opuściliśmy miejsce, które zapamiętamy do końca swojego życia.

Po wyjściu z areny czekała nas jednak jeszcze jedna przygoda. Stojąc przy bramie ujrzeliśmy tour busa zespołu, a przy oknie Roba, Marka i Sam. Pozwolę sobie pominąć opis naszego zachowania w tamtym momencie, niemniej jednak chyba to było powodem dla którego bus się nie zatrzymał. (Teraz jak sobie o tym myślę, to kto wie ;))

Aleksandra Mielec


Komentarze

Weź udział w What The Hell Chapter III - ogólnopolskim zlocie fanów Florence + The MachineSZCZEGÓŁY

Zadaj pytanie

Imię

Adres email

Pytanie

Plik